DSC_0389 DSC_0793 DSC_0794 DSC_0995 DSC_0031 (2) DSC_0266
TwitterFacebook

SŁOWO NA NIEDZIELĘ

 

III Niedziela zwykła „A” (Mt 4, 12-23) SŁOWA BOŻEGO

 

Ty na mnie spojrzałeś (Mt 4,12-23)

Scena powołania pierwszych uczniów (Mt 4,12-23) ukazuje istotę chrześcijaństwa: naśladowanie Jezusa. Ewangelia podaje nam pewien wzór, w jaki sposób Jezus powołuje swoich uczniów.

Kontekst perykopy wskazuje, że Jezus jest Światłością świata, początkiem nowego stworzenia (por. Mt 4,16). Otwarcie się na Jego słowo (Kazanie na Górze, Mt 5-7) sprawia, że przechodzimy z ciemności do światła i stajemy się nowym stworzeniem!

Inicjatywa należy zawsze do Jezusa, a nasza wiara jest odpowiedzią na Jego wezwanie. Ewangelista dwukrotnie powtarza ten sam schemat powołania, jakby chcąc nas upewnić, że jest to wzorzec ważny dla każdego, choć przecież za każdym razem odbywa się ono inaczej, w sposób niepowtarzalny. Spróbujmy wydobyć kilka istotnych elementów powołania:

  1. Jezus jest nieustannie w drodze do domu Ojca i szuka sobie uczniów, przechodząc przez środek naszej zwykłej, pozornie banalnej codzienności, wypełnionej pracą. Rybaków odnajduje nad brzegiem jeziora, przy łodziach i sieciach. Chce ich pociągnąć za sobą i nadać kierunek ich egzystencji, by stała się ona Paschą ‑ przejściem ze śmierci do życia.

Ewangelista podkreśla kilkakrotnie, że pierwsi uczniowie Jezusa byli braćmi, jakby dla podkreślenia, że Jezus powołuje nas wszystkich, byśmy jako synowie adoptowani Ojca niebieskiego stawali się dla siebie nawzajem braćmi.

  1. Jezus spogląda na dwóch braci i w Jego oczach mogą oni wyczytać, jakimi widzi ich Bóg, kim są naprawdę. Odnalezienie pełnego miłości spojrzenia Boga, spoczywającego na nas, jest ogromnie ważne w poznawaniu naszej wartości i tożsamości. Zbyt często ludzie patrzą na innych, a nawet na siebie samych, w sposób deprecjonujący. Spojrzenie Jezusa uzdrawia.
  2. Patrząc na nich w ten sposób Jezus przemawia do nich i kieruje osobiste zaproszenie, które jest wyzwaniem miłości: „pójdźcie za Mną”, tzn. bądźcie ze Mną, by być jak Ja – synami Ojca w niebie i braćmi dla innych ludzi, uczestnikami życia samego Boga, wolnymi od egoizmu i samotności, które są piekłem. Powołanie nie deformuje ani nie niweczy ich tożsamości, jaką dotychczas mieli, ale ją przemienia i nieskończenie poszerza. Piotr i Andrzej nie przestaną być rybakami, ale odtąd łowić będą nie tyle ryby, dla podtrzymania życia doczesnego, co ludzi, by zaoferować im życie wieczne.
  3. Uczniowie odpowiadają na wezwanie nie mówiąc zresztą w tej scenie ani słowa. Ich odpowiedzią mają być czyny, całe ich życie.

Aby przyłączyć się do Jezusa uczniowie muszą coś zostawić, od czegoś się oderwać: w przypadku Piotra i Andrzeja są to wspomniane dwukrotnie sieci – symbol pracy, w którą można niekiedy uwikłać się tak mocno, że wiąże ona ręce, nogi i serce; w przypadku Jana i Jakuba będzie to wzmiankowany aż trzykrotnie ich ojciec, Zebedeusz – muszą go opuścić, aby wypełnić własne powołanie.

Powołani uczniowie czynią to nie w poczuciu straty czy heroicznej ofiary, ale z radością, bo już wiedzą, że znaleźli bezcenny skarb (por. Mt 13,44). Ich wyrzeczenie jest zyskiem! Jezus stał się ich drogą, prawdą i życiem (J 14,6).

            W świetle tej Ewangelii, w osobistej medytacji, warto popatrzeć na swoją własną historię wiary, i na nowo zobaczyć: kiedy i jak powołał mnie Jezus? Jak odpowiadam na Jego wezwanie?

ks.Józef Maciąg

Źródło: „Niedziela Lubelska”

 

II Niedziela zwykła „A” (J 1, 29-34)

 

 

Kto jest powołany do świętości? (1 Kor 1, 1-3) 2 Niedziela Zwykła A

Rozpoczynając List do Koryntian Paweł nie wątpi, że jego adresaci są nie tylko powołani do świętości, ale już „zostali uświęceni w Jezusie Chrystusie”.

Nie jest to stwierdzenie banalne, jeśli przypomnimy sobie, iż w dalszej części tego listu znajdziemy długą listę upomnień: „A przeto upominam was, (…), abyście byli zgodni, i by nie było wśród was rozłamów; byście byli jednego ducha i jednej myśli.”; „Jeżeli bowiem jest między wami zawiść i niezgoda, to czyż nie jesteście cieleśni i nie postępujecie tylko po ludzku?”; „Słyszy się powszechnie o rozpuście między wami, i to o takiej rozpuście, jaka się nie zdarza nawet wśród pogan; mianowicie, że ktoś żyje z żoną swego ojca.”; „Czy odważy się ktoś z was, gdy zdarzy się nieporozumienie z drugim, szukać sprawiedliwości u niesprawiedliwych, zamiast u świętych?”; „Czyż nie wiecie, że ten, kto łączy się z nierządnicą, stanowi z nią jedno ciało? Będą bowiem – jak jest powiedziane – dwoje jednym ciałem.”; „Tak więc, gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy”.

Podziały, konflikty, rywalizacja, nierząd, rozwiązłość, kazirodztwo, wzajemne oskarżanie się przed sądami, niegodne sprawowanie Eucharystii to lista najpoważniejszych problemów gminy korynckiej. I do nich właśnie, świadom problemów, które musi poruszyć, Paweł pisze, iż nie tylko są powołani do świętości, ale że już są uświęceni. Może się nam wydawać absurdalnym nazywanie uświęconymi tych, przeciwko którym za chwilę wysuwa się najpoważniejsze z oskarżeń, jakie możemy znaleźć w pismach Pawła. Ale na pewno nie jest on hipokrytą ani pochlebcą. W Liście do Galatów tak pisał: „A zatem teraz: czy zabiegam o względy ludzi, czy raczej Boga? Czy ludziom staram się przypodobać? Gdybym jeszcze teraz ludziom chciał się przypodobać, nie byłbym sługą Chrystusa.” Także nie znaków przywiązania i wdzięczności oczekuje Paweł za swoje słowa, ale pragnie dla koryntian dobra. Ale nie czyni tego wmawiając im, że są dobrzy, a tylko kilka drobiazgów jest do skorygowania. Paweł zdaje sobie sprawę, że w gminie korynckiej jest skonfrontowany z najpoważniejszym z problemów. Ewangelia została sprowadzona do zewnętrznego rytualizmu. Nie jest siłą dającą nowe życie w Chrystusie, a koryntianie nie są świadkami życia wiecznego wobec świata. Bycie chrześcijaninem zostaje sprowadzone do problemów jedzenia mięsa ofiarowanego bożkom w pogańskich świątyniach czy też pytania o to, czy warto się żenić.

Odpowiedzią Pawła nie są szczegółowe wskazania moralne, kazuistyczne roztrząsanie tego, co wolno czynić, a czego nie należy oraz kiedy można korzystać z przyjemności ciała i świata nie popełniając grzechu. Nic z tych rzeczy. Jeśli w obliczu grzechu oczekujemy takich odpowiedzi, to może oznaczać, iż moralnie przypominamy koryntian i szukamy usprawiedliwienia dla naszych grzechów. Odpowiedzią Pawła jest jedna z najpiękniejszych teologii Krzyża: „Tak więc, gdy Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan, dla tych zaś, którzy są powołani, tak spośród Żydów, jak i spośród Greków, Chrystusem, mocą Bożą i mądrością Bożą. To bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi.” Nauka o Krzyżu, największy skarb chrześcijan została powierzona słabym ludziom: „Przeto przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu! Niewielu tam mędrców według oceny ludzkiej, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych. Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć.” A rozdziały 12 i 13 to najważniejsze katechezy Pawła o charyzmatach, z których największym jest agape, chrześcijańska miłość zrodzona z wiary.

Paweł nie moralizuje koryntian, nie wchodzi im na ambicję, nie stosuje szantażu afektywnego, nie grozi ogniem z nieba, ani też żadną inną karą, chociaż jasno wskazuje na konsekwencje grzechu. Apostoł Narodów głosi koryntianom Ewangelię Krzyża, Dobrą Nowinę, która pozwala patrzeć ufnie na życie grzeszników i nie popadać w depresję, że cały wysiłek ewangelizacji został bezpowrotnie zmarnowany. Sytuacja grzechu to nieumiejętność radzenia sobie z problemem cierpienia oraz poleganie na własnych siłach. Dlatego odpowiedzią na grzech jest katecheza o Krzyżu, a nie groźby i krzyki o potępieniu. Natomiast dobro rodzi się z łaski Chrystusa, a przejawia się poprzez wielorakie charyzmaty. Dlatego Pawłowy początek Listu do Koryntian dowodzi, że Paweł nie podda się w obliczu po ludzku kompletnego fiaska swej pracy w Koryncie. Wręcz przeciwnie, Apostoł jest pewien uświęcenia dokonanego poprzez chrzest, nawet jeśli dostrzegamy przede wszystkim grzech. A odpowiedzią Boga na nieprawość człowieka jest wezwanie go do świętości, udzielanie mu łaski, charyzmatów, aby mógł zmieniać swoje życie i iść drogą świętości. „Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska”. Jakże różny ode mnie jest Paweł w swej wierze w moc łaski, zarówno wobec grzechów moich braci w Chrystusie jak i moich własnych. Jakże często nie mam nadziei w obliczu grzechów, jak trudno wierzyć mi wówczas w Dobrą Nowinę o Chrystusie ukrzyżowanym i zmartwychwstałym.

 

ks. Maciej Warowny

 

 

Niedziela Chrztu Pańskiego „A” (Mt 3, 12-17)

Ten jest mój Syn umiłowany (Mt 3,13-17)

Niedziela Chrztu Pańskiego, która wieńczy czas Bożego Narodzenia, ukazuje nam Jezusa na progu Jego publicznej działalności mesjańskiej (Mt 3,13-17).

Jezus pojawia się na pustyni judzkiej nad Jordanem, wśród ludzi, którzy poruszeni Janowym wołaniem: „Nawracajcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie”, przyjmowali zanurzenie w rzece, wyznając przy tym swoje grzechy (3,2.6). Był to ryt pokutny, który miał uświadomić wszystkim bez wyjątku, że są grzesznikami, i przygotować ich na spotkanie z „Mocniejszym”, który będzie zanurzał ich w Duchu Świętym i ogniu”.

Ciekawe, że faryzeusze i saduceusze, a więc przedstawiciele religijnych i intelektualnych elit żydowskich, nie uwierzyli mu (21,25.32). Byli we własnych oczach zbyt pobożni, sprawiedliwi i nienaganni, by ulec wraz z plebsem nawoływaniu ekscentrycznego proroka. Co więcej, ogłosili go za opętanego przez złego ducha, aby usprawiedliwić odrzucenie, z jakim Jan spotkał się wśród nich (11,18). „Udaremnili zamiar Boży względem siebie, nie przyjmując chrztu od niego” (Łk 7,30). Później ci sami arcykapłani i przywódcy ludu odrzucą również Jezusa i Jego zbawienie.

Pośród tłumu Judejczyków i mieszkańców Jerozolimy, którzy przychodzili do Jana, pojawił się również Człowiek z Galilei (Mt 3,13), aby przyjąć chrzest. Jan rozpoznał w Nim Mesjasza – jedynego Sprawiedliwego, i wzdragał się przed udzieleniem Mu chrztu pokuty. Raczej on sam, będąc grzesznikiem, jak wszyscy, potrzebował od Jezusa owego chrztu w Duchu Świętym, który sam zapowiadał. Jezus z łagodnością pokonał opór Jana, mówiąc: „pozwól…”. Poprosił Jana, by nie bronił Mu zanurzyć się w wodach Jordanu, które – mówiąc obrazowo – były aż gęste od ludzkich grzechów. On, jedyny niewinny, przyszedł właśnie po to, by jako Baranek paschalny dźwignąć grzechy świata i usunąć je z naszego życia (por. J 1,29). Przyjmując chrzest grzeszników zapowiada w sposób symboliczny to, co dokona się w realny sposób w krwawej ofierze na krzyżu: zostanie zanurzony w męce (Łk 12,50) i weźmie na siebie cierpienie i śmierć wszystkich grzeszników świata, aby ich uwolnić od śmierci. Jan musi pozwolić na to Jezusowi, inaczej nie może dokonać się zbawienie. Takiej samej zgody Jezus domagać się będzie od Szymona Piotra w scenie umywania nóg w czasie Ostatniej Wieczerzy: Piotr musi pozwolić Jezusowi dotknąć jego brudnych nóg, i umrzeć za niego na krzyżu, aby Piotr stał się później zdolny naśladować Go aż do końca (J 13,6-7). Ze słowem „pozwól” zwraca się Jezus również do każdego z nas…

Zanurzenie Jezusa w „wodach grzechu” symbolizuje zatem Jego zbawczą śmierć, natomiast wyjście z wody „natychmiast”, bez wyznawania grzechów, od których był wolny, zapowiada to, co się dokonało w Jego zmartwychwstaniu: On otworzył dla nas niebo i przywrócił nas Bogu jako Ojcu, wyzwalając spod tyranii grzechu i udzielając nam Ducha adopcji synowskiej (Rz 8,14-15). Duch Stworzyciel unoszący się nad wodami pierwotnego chaosu (Rdz 1,2), odnowi całe stworzenie i przywróci Boży ład w ludziach, którzy przyjmą Jezusa jako Zbawiciela i Pana.

ks.Józef Maciąg

Źródło: „Niedziela Lubelska”

 

II Niedziela Narodzenia Pańskiego „A” (J 1, 1-18)

Cur Deus homo? (J 1,1-18)

Marek, autor najstarszej Ewangelii, rozpoczyna swoją narrację od wystąpienia Jana Chrzciciela na pustyni,

a Jezusa ukazuje nam po raz pierwszy już w wieku dorosłym, w scenie objawienia Jego boskiego synostwa podczas chrztu w Jordanie (Mk 1,9nn).

Mateusz sięga znacznie głębiej, przedstawiając nam historię narodzin i dzieciństwa Jezusa: po wyliczeniu genealogii „Syna Dawida” opowiada okoliczności cudownego poczęcia Jezusa i opisuje zwiastowanie, jakie otrzymał Józef, syn Dawida, powołany przez Boga, by być legalnym ojcem Syna Bożego (Mt 1,18nn).

Łukasz czyni jeszcze jeden krok wstecz i zanim zaprowadzi nas do żłóbka betlejemskiego, przedstawia również historię cudownych narodzin Jego prekursora – Jana Chrzciciela oraz zwiastowanie, jakie anioł Gabriel przyniósł najpierw Zachariaszowi – ojcu Jana, a sześć miesięcy później – Maryi, Matce Pana (Łk 1,5nn.26nn).

Jan Ewangelista natomiast przenosi nas poza granicę czasu i wieczności i objawia nam życie wewnętrzne Boga, który jest Ojcem i Synem w jedności Ducha Świętego, oraz ukazuje preegzystencję Słowa przedwiecznego, które objawia się w czasie jako Mesjasz, Syn Boży i Zbawiciel świata.

            Prolog Czwartej Ewangelii (J 1,1-18) to niejako „uwertura” do Janowego arcydzieła, w której syntetycznie i w sposób poetycki przedstawione zostały jego główne tematy: światłość, prawda, chwała, życie. Słowo Boga – Jego jedyny Syn przychodzi na świat, aby dać nam poznać miłość Ojca. Wobec tego objawienia dokonuje się „krisis” – sąd, podział: jedni Go przyjmują, drudzy odrzucają.

            Prolog Jana kończy się na kolanach, w adoracji przed niewidzialnym obliczem Ojca, którego chwała jaśnieje dla nas na obliczu Człowieka ‑ Jezusa Chrystusa (I. de la Potterie).

            Czytając czwartą Ewangelię, odkrywamy, że Syn Boży stał się człowiekiem, aby w ludzkim języku opowiedzieć nam, jaki jest prawdziwy Bóg. Także do nas mogą odnosić się słowa Jezusa: „Nie znacie ani Mnie, ani Ojca mego. Gdybyście Mnie poznali, poznalibyście i Ojca mego” (J 8,19). Tylko Jezus, który jest Ikoną Boga niewidzialnego, może nam ukazać prawdziwe oblicze Ojca i nas do Niego przybliżyć.

Wcielenie Słowa dokonało się również po to, by nam pokazać, jaki jest prawdziwy, piękny człowiek. Wpatrywanie się w Niego jest nam bardzo potrzebne, żeby kształtować siebie samych na Jego podobieństwo. Im bliżej Jezusa, tym lepsi i piękniejsi jesteśmy (por. 2 Kor 3,18).

            On przyszedł jako Zbawiciel, aby nas wyrwać z niewoli kłamstwa, grzechu i strachu przed śmiercią. To jest prawdziwy motyw bożonarodzeniowej radości! On jest dla nas nadzieją dobrej przemiany.

            Przyszedł wreszcie po to, by nam powiedzieć , że sensem ludzkiego istnienia jest życie dla innych, „proegzystencja”. On żył całkowicie oddany w miłości swojemu Ojcu i ludziom, aż do oddania za nich życia. Tego też chce nauczyć nas: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem” (J 13,34).

Adorując Jezusa w żłóbku, w Najświętszym Sakramencie i w słowie Bożym, próbujmy za św. Pawłem wnikać w sens świąt Bożego Narodzenia: „Niech Chrystus zamieszka przez wiarę w waszych sercach…” (Ef 3,17).

ks.Józef Maciąg

Źródło: „Niedziela Lubelska”

 

 

 

 

Czemuś nam to uczynił? Medytacja biblijna na Niedzielę Świętej Rodziny. Ks. Józef Maciąg

Czemuś nam to uczynił?

Medytacja biblijna na Niedzielę Świętej Rodziny

Pielgrzymka dwunastoletniego Jezusa do Jeruzalem (Łk 2, 41-52) była symboliczną zapowiedzią całej publicznej misji Chrystusa,

którą Łukasz przedstawił jako drogę do Jeruzalem, gdzie Syn posłuszny Ojcu wypełnia we wszystkim Jego wolę (Łk 9, 31-51; 18, 31).

Trzydniowe „zniknięcie” Jezusa stanowiło preludium Jego śmierci i zmartwychwstania, kiedy to Kościół szuka Go z bólem serca, a potem na nowo odnajduje ze zdumieniem i ogromną radością (por. Łk 24, 12-41). Opowiadanie z Ewangelii św. Łukasza ukazuje też pedagogiczną mądrość rodziców Jezusa, który w wieku dwunastu lat zaczął sprawiać „problemy wychowawcze”.

Łaska nad dzieckiem

            Opowiadanie ujęte jest w literackie ramy w postaci dwóch podobnie brzmiących zdań znajdujących się na początku i na końcu – „Dziecię rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim” (Łk 2, 40) i „Jezus czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi” (Łk 2, 52). W obu zdaniach Ewangelista zaakcentował działanie łaski Bożej, która sprawiała w dziecku postęp w mądrości i rozwój w relacji do Boga i do ludzi. Nie ma tu wzmianki o „wysiłkach wychowawczych” Jego rodziców.

Wzrastanie dziecka w łasce było dla rodziców pewną tajemnicą, której nie dało się objąć do końca „kontrolą rodzicielską”. Przy całej trosce, jaką rodzice wkładali w wychowanie, rozumieli dobrze, że nie jest ich dziełem powołanie dziecka ani jego zbawienie – to dzieło Boga. Maryja i Józef żyli w głębokiej przyjaźni z Bogiem, która nie ograniczała się do formalnej religijności, ale wyrażała się w nieustannym słuchaniu Boga i posłuszeństwie wobec Niego w konkretnych, czasem bardzo trudnych, momentach życia.

Potrafili także dziwić się cudownemu, tajemniczemu działaniu Boga w ich życiu. Zdumienie, zachwyt i święta bojaźń są postawą człowieka wierzącego w obliczu Boga, który mu się objawia. Tylko głupiec niczemu się nie dziwi, gdyż wszystko wydaje mu się oczywiste i banalne. Ewangelia podkreśla, że rodzice Jezusa dziwili się temu, co widzieli i słyszeli w scenie pokłonu pasterzy (Łk 2, 18), w scenie proroctwa Symeona (Łk 2, 33) czy w momencie znalezienia Jezusa w Świątyni (Łk 2, 48).

Jedynie rodzice autentycznie wierzący, tzn. mający osobistą relację z Bogiem, będą w stanie poprowadzić swoje dziecko na spotkanie z Nim i uniknąć w wychowaniu typowych błędów, takich jak religijna tresura zredukowana do czysto zewnętrznych zachowań, „bo tak się robi”, lub też zupełnej dezercji od obowiązku przekazania wiary według maksymy: „Jak dorośnie, to sam zdecyduje”.

Odczytanie woli Bożej

Rodzice Jezusa od najmłodszych lat wprowadzali Go w święte tradycje ojców, do których należało doroczne pielgrzymowanie do Jeruzalem na święto Paschy. Rytm świąt izraelskich, obchodzonych czy to w Świątyni, czy w nazaretańskiej synagodze i w domu rodzinnym, był czymś ogromnie ważnym w życiu wierzącej rodziny, wyznaczając przestrzeń, w której mogło dokonywać się osobiste, tajemnicze spotkanie dziecka z Bogiem. Bóg mówi do niego, woła po imieniu, jak Samuela (por. 1 Sm 3, 1-14), i objawia mu, kim ono jest w Jego oczach.

Zadaniem rodziców było nauczyć swego syna Słowa, które uczyni go synem Boga, jedynego Ojca (S. Fausti). Chłopiec uczył się poznawać i wiernie wypełniać Boże przykazania, i od 13. roku życia stawał się „synem Prawa” (hebr. bar-micwa). Już nie dzieckiem, ale młodym mężczyzną, który wchodził w osobistą relację z Bogiem w sposób w pełni odpowiedzialny, tzn. jako ktoś zdolny osobiście odpowiedzieć na wezwanie Boga.

Jezus wchodzi w tak rozumianą dorosłość już w wieku 12 lat i idzie z rodzicami na pielgrzymkę do Świętego Miasta. Po skończonych uroczystościach „młody Jezus” (gr. Iēsoús ho pais – w. 43) pozostaje w domu swego Ojca. Wie, że jest Sługą Pańskim (pais znaczy zarówno „chłopiec”, jak i „sługa”, (por. Mt 12, 18; Dz 3, 13), w którym Ojciec ma upodobanie i który ma wypełnić we wszystkim Jego wolę. Można powiedzieć, że w czasie tej pielgrzymki Jezus przeżył swoje „młodzieńcze powołanie” i stało się to w sposób tajemniczy, „poza kontrolą” rodziców.

Bywa, że efekt spotkania dorastającego człowieka z łaską Boga jest trudny do przewidzenia dla rodziców. Czasem przerasta ich przewidywania i krzyżuje plany. Rodzice powinni zaakceptować to „ryzyko”. Widać to dobrze na przykładzie wspomnianego już Samuela, czy też Jana Chrzciciela, którzy – wbrew panującym zwyczajom – nie poszli w ślady swoich ojców. Rodzice jednego i drugiego zgodzili się „utracić” swoich synów ze względu na Boga (por. 1 Sm 1, 28; Łk 1, 80).

„Synu, czemuś nam to uczynił?” (Łk 2, 48)

Nietrudno wyobrazić sobie, co przeżywali rodzice Jezusa, gdy z narastającym niepokojem szukali Go cały dzień w stutysięcznym tłumie pielgrzymów opuszczających Jeruzalem po skończonych uroczystościach, co czuli, gdy musieli zawrócić do miasta i gdy szukali Jezusa przez trzy dni i trzy noce „z bólem serca”. Czy wtedy w ogóle spali i jedli?

            Odnaleźli Jezusa w Świątyni, gdzie czuł się jak u siebie w domu. Zasiadał między nauczycielami jako prawdziwy Nauczyciel, słuchał ich i zadawał pytania. Słuchający Jezusa byli zadziwieni Jego zrozumieniem Bożych spraw (gr. synesis) i odpowiedziami.

Zdumieni byli także rodzice, którzy swego Syna odnaleźli jakby na nowo – nie pośród krewnych według ciała, ale w tej nowej rodzinie, która tworzy się wokół Słowa Bożego, przez Jego słuchanie i zachowywanie (Łk 8, 21). Podejmując na powrót drogę w stronę Jeruzalem, aby odnaleźć Syna, uczyli się od Niego iść drogą wiary, wypełniając wolę Ojca, który jest w niebie.

Rodzicielska cierpliwość

            Można podziwiać w tej scenie matczyną mądrość Maryi, która w pełnej napięcia chwili zachowuje się – mówiąc potocznie – z wielką klasą, a Łukasz Ewangelista portretuje Ją w przepiękny sposób w paru oszczędnych zdaniach. Wyczerpana trzydniowymi poszukiwaniami odczuła, jako pierwszą rzecz, owo zdumienie w obliczu tajemnicy, której nie rozumiała.

Mimo umęczenia nie dała upustu gwałtownym uczuciom, które w tej sytuacji byłyby aż nadto zrozumiałe. Nie uległa pokusie natychmiastowego osądu ani kary, ani też nie przypisała Synowi złej woli lub obojętności: „Ty chyba nie masz serca, nic cię to nie obchodzi, że umieraliśmy ze strachu!…”.

Weszła w spokojny dialog z Synem, stawiając mu pytanie: „Dlaczego?”. Pozwoliła Mu się wypowiedzieć. Chciała spojrzeć na zaistniały problem Jego oczyma, z wielkim szacunkiem dla dziecka, którego zachowania nie rozumiała. Właściwie potraktowała Go nie jak dziecko, ale jak młodego mężczyznę – bar-micwa. Pokazała Mu, jak się czuła, i pomogła zobaczyć, że to, co przeżywała, było dla niej bolesne, jednak powstrzymała się od pochopnego oskarżania czy osądzania. Wobec swego Syna okazała też szacunek mężowi, stawiając go na pierwszym miejscu: „Oto ojciec Twój i ja…” (Łk 2, 48).

Jezus nie ułatwiał im tej rozmowy. W odpowiedzi na te słowa mówił o swoim Ojcu, którego wola jest dla Niego domem. Okazał przy tym pewne zdziwienie, jakby nie rozumiał ich niepokoju i bólu, i dał im do zrozumienia, że powinni byli szukać Go nie gdzie indziej, ale właśnie w sprawach Jego Ojca: „Czemuście mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?” (Łk 2, 49).

Dla Józefa nie było pewnie rzeczą łatwą usłyszeć, że Jezus ma innego Ojca niż on. Józef również stanął wobec tajemnicy, której jeszcze w pełni nie rozumiał. Jego milczenie w tym opowiadaniu, tak jak i w całej Ewangelii, nie oznacza bierności czy wycofania. Ewangelia chce jedynie powiedzieć to, że na Boże wezwania Józef odpowiadał zawsze nie pięknymi słowami, ale czynem płynącym z wiary (Mt 1, 24; 2, 14.21-22; 7, 21).

To on wychowywał swego przybranego Syna i wprowadzał w znajomość Pism i w modlitwę. Był dla małego Jezusa „cieniem” Ojca niebieskiego. Dobrze uchwycił tę prawdę autor znanej ikony Świętej Rodziny, który nadał Józefowi rysy twarzy Syna Człowieczego, utrwalone na Całunie Turyńskim. We wszystkich ludzkich cechach Jezusa, które budzą nasz zachwyt, możemy odnaleźć coś z charakteru i ducha jego ziemskiego ojca.

Rodzice akceptowali fakt, że ich Syn jest dla nich tajemnicą: „Nie zrozumieli tego, co im powiedział” (Łk 2, 50). Z tajemnicą tą Maryja chodziła przez dwadzieścia następnych lat. Przypomniała sobie i pojęła wszystko dopiero w świetle zmartwychwstania swego Syna. „Chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu.”

***

W nazaretańskiej szkole Jezusa, Maryi i Józefa chrześcijańskie rodziny mogą uczyć się wielu rzeczy, stając się stopniowo – na wzór Rodziny Świętej – małymi kościołami domowymi, które żyją we wzajemnych relacjach przenikniętych światłem Ewangelii w pokorze, prostocie i uwielbieniu.

 Ks. Józef Maciąg

Źródło: „Zbliżenia – O Małżeństwie Bliżej” nr 9

 

 

Narodzenie Pańskie (J 1, 1-18)

 

Cur Deus homo? (J 1,1-18)

Marek, autor najstarszej Ewangelii, rozpoczyna swoją narrację od wystąpienia Jana Chrzciciela na pustyni,

a Jezusa ukazuje nam po raz pierwszy już w wieku dorosłym, w scenie objawienia Jego boskiego synostwa podczas chrztu w Jordanie (Mk 1,9nn).

Mateusz sięga znacznie głębiej, przedstawiając nam historię narodzin i dzieciństwa Jezusa: po wyliczeniu genealogii „Syna Dawida” opowiada okoliczności cudownego poczęcia Jezusa i opisuje zwiastowanie, jakie otrzymał Józef, syn Dawida, powołany przez Boga, by być legalnym ojcem Syna Bożego (Mt 1,18nn).

Łukasz czyni jeszcze jeden krok wstecz i zanim zaprowadzi nas do żłóbka betlejemskiego, przedstawia również historię cudownych narodzin Jego prekursora – Jana Chrzciciela oraz zwiastowanie, jakie anioł Gabriel przyniósł najpierw Zachariaszowi – ojcu Jana, a sześć miesięcy później – Maryi, Matce Pana (Łk 1,5nn.26nn).

Jan Ewangelista natomiast przenosi nas poza granicę czasu i wieczności i objawia nam życie wewnętrzne Boga, który jest Ojcem i Synem w jedności Ducha Świętego, oraz ukazuje preegzystencję Słowa przedwiecznego, które objawia się w czasie jako Mesjasz, Syn Boży i Zbawiciel świata.

            Prolog Czwartej Ewangelii (J 1,1-18) to niejako „uwertura” do Janowego arcydzieła, w której syntetycznie i w sposób poetycki przedstawione zostały jego główne tematy: światłość, prawda, chwała, życie. Słowo Boga – Jego jedyny Syn przychodzi na świat, aby dać nam poznać miłość Ojca. Wobec tego objawienia dokonuje się „krisis” – sąd, podział: jedni Go przyjmują, drudzy odrzucają.

            Prolog Jana kończy się na kolanach, w adoracji przed niewidzialnym obliczem Ojca, którego chwała jaśnieje dla nas na obliczu Człowieka ‑ Jezusa Chrystusa (I. de la Potterie).

            Czytając czwartą Ewangelię, odkrywamy, że Syn Boży stał się człowiekiem, aby w ludzkim języku opowiedzieć nam, jaki jest prawdziwy Bóg. Także do nas mogą odnosić się słowa Jezusa: „Nie znacie ani Mnie, ani Ojca mego. Gdybyście Mnie poznali, poznalibyście i Ojca mego” (J 8,19). Tylko Jezus, który jest Ikoną Boga niewidzialnego, może nam ukazać prawdziwe oblicze Ojca i nas do Niego przybliżyć.

Wcielenie Słowa dokonało się również po to, by nam pokazać, jaki jest prawdziwy, piękny człowiek. Wpatrywanie się w Niego jest nam bardzo potrzebne, żeby kształtować siebie samych na Jego podobieństwo. Im bliżej Jezusa, tym lepsi i piękniejsi jesteśmy (por. 2 Kor 3,18).

            On przyszedł jako Zbawiciel, aby nas wyrwać z niewoli kłamstwa, grzechu i strachu przed śmiercią. To jest prawdziwy motyw bożonarodzeniowej radości! On jest dla nas nadzieją dobrej przemiany.

            Przyszedł wreszcie po to, by nam powiedzieć , że sensem ludzkiego istnienia jest życie dla innych, „proegzystencja”. On żył całkowicie oddany w miłości swojemu Ojcu i ludziom, aż do oddania za nich życia. Tego też chce nauczyć nas: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem” (J 13,34).

Adorując Jezusa w żłóbku, w Najświętszym Sakramencie i w słowie Bożym, próbujmy za św. Pawłem wnikać w sens świąt Bożego Narodzenia: „Niech Chrystus zamieszka przez wiarę w waszych sercach…” (Ef 3,17).

ks.Józef Maciąg

Źródło: „Niedziela Lubelska”

IV Niedziela Adwentu „A” (Mt 1, 18-24)

Józef i Achaz

W ostatnią niedzielę Adwentu Ewangelia (Mt 1,18-24) i I czytanie (Iz 7,10-14) stawiają nam przed oczy dwóch ludzi, których różni niemal wszystko,

a łączy jedna rzecz: obaj wywodzą się z królewskiego rodu Dawida, są dziedzicami wielkich obietnic Boga i muszą podjąć niezwykle ważną i trudną decyzję.

Józef – ubogi cieśla z Nazaretu – dowiaduje się, że jego ukochana narzeczona jest w ciąży, choć nie zamieszkali jeszcze razem ani nie podjęli współżycia. Nie podejrzewa Maryi o zdradę; stoi wobec tajemnicy, której nie rozumie. Jest jednak człowiekiem słuchającym Boga, otwartym w dzień i w nocy na Jego głos. Dlatego, gdy po długiej walce wewnętrznej podejmuje decyzję ‑ najlepszą, na jaką było go stać – nie uważa jej za coś nieodwołalnego. Jest gotów zmienić zdanie, gdy odkryje, że plany Boga są inne.

Józef nie otrzymuje żadnego cudownego znaku ani wizji. Po prostu słucha Boga i idzie za Jego głosem. Ewangelie nie zanotowały ani jednego słowa wypowiedzianego przez Józefa, chyba po to, by podkreślić, że w dialogu z Bogiem liczą się nie tyle piękne słowa, co czyny. „Bez słów można zostać świętym, bez czynów – nie”. W Ewangelii Mateusza aż cztery razy powtarza się, jak refren, ten sam motyw: Józef staje wobec problemu – słucha Boga – otrzymuje słowo i wypełnia je. Posłuszeństwo Bogu uczyniło go dziewiczym mężem Bogarodzicy i legalnym ojcem Zbawiciela (1,24) oraz wiernym i mężnym obrońcą Świętej Rodziny w obliczu śmiertelnego zagrożenia (2,14); pozwoliło mu też rozpoznać właściwy moment powrotu z Egiptu (2,21) i wybrać – zgodnie z zapowiedzią proroka – miejsce zamieszkania Mesjasza (2,22n). Jego ojcowskiej trosce powierzył Bóg swoje największe skarby: Jezusa i Maryję.

Izajasz opowiada nam natomiast epizod z życia króla Judy, Achaza, który – choć był pomazańcem Bożym – miał serce dalekie od posłuszeństwa Bogu. Oddawał się bałwochwalczym kultom i nawet własnego syna spalił żywcem w ofierze dla Molocha (2 Krl 16,3). Gdy do Judy wkroczyły sprzymierzone wojska syryjskie i efraimskie, aby odsunąć go od władzy (734 r. przed Chr.), przerażony Achaz wysłał wiernopoddańcze poselstwo do Tiglat-Pilesera, potężnego władcy asyryjskiego. Złożył mu w darze skarby ze Świątyni Salomona, a słowa poselstwa brzmiały jak bluźniercza modlitwa: „Jestem twoim sługą i twoim synem. Przyjdź i wybaw mnie…” (2 Krl 16,7)

To właśnie wtedy prorok Izajasz wezwał go do zachowania spokoju i ufności w Bogu. Trwałość królestwu Dawidowemu zapewnią nie polityczne układy z pogańskimi królami, ale wierna miłość Boga, który jest gotów dać królowi jakikolwiek znak, by skłonić go do wiary. Urodzi mu się synek, Ezechiasz, który będzie widomym znakiem, że dom Dawida nie upadnie.

Jednak Achaz nie chce słuchać, bo poselstwo najprawdopodobniej już poszło do Asyrii. Tłumaczy się wykrętnie, że nie chce kusić Boga, a w rzeczywistości – po prostu nie zamierza zmieniać swoich planów. Nie potrafi oprzeć się na Bogu, ale na swoich własnych kalkulacjach.

„Gdy my odmawiamy wierności, Bóg wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć samego siebie” (2 Tm 2,13). Warto zadać sobie kilka pytań: Jak słucham Boga i jak Mu odpowiadam, gdy czegoś się boję i gdy muszę podejmować ryzykowne decyzje? Gdzie wtedy jest moja wiara? Do kogo jestem bardziej podobny: do Achaza czy do Józefa i Maryi? Czy zdarzyło mi się kiedyś zmienić zdanie pod wpływem modlitwy i słuchania Boga?

Nie udzielajmy zbyt szybkiej i ładnie brzmiącej odpowiedzi, jak Piotr tamtego wieczoru przed Męką (J 13,37-38). Odpowiedzmy szczerze.

ks.Józef Maciąg

Źródło: „Niedziela Lubelska”

 

 

 

III Niedziela Adwentu „A” (Mt 11, 2-11) Gaudete!

 

Oto wasz Bóg (Iz 35,1-6a.10) – I czytanie

 

Proroctwo z 35. rozdziału Izajasza tętni radością i skrzy się bogactwem różnorodnych, opisujących ją słów.

Radość jest także głównym tematem tekstów liturgicznych przedostatniej niedzieli adwentu, zwanej niedzielą «Gaudete» od antyfony na wejście: „Radujcie się zawsze w Panu, raz jeszcze powiadam: radujcie się! Pan jest blisko” (Flp 4, 4-5).

Nie jest to radość ugrzeczniona, dyskretna, ale żywiołowa i niepohamowana, którą człowiek wyraża całym sobą tańcząc i podskakując (hebr. „dalag”, „gil” ‑ Iz 35,2.6), śpiewając i wykrzykując ze wszystkich sił (hebr. „ranan” – w. 2.6.10). W tej radości uczestniczy cała przyroda. Radość jest zapachem Boga i Jego pierwszym darem, znakiem Jego obecności. Co jest jej powodem? Objawienie chwały Boga, który sprawia eksplozję życia tam, gdzie panowała śmierć.

Dotąd ludzie żyli na ziemi wypalonej przez suszę i nieurodzaj, teraz jałowe pustkowie obfituje w wodę, świeżą trawę i kwiaty. Byli nękani przez choroby i kalectwo, teraz Bóg przynosi im uzdrowienie. Byli na zesłaniu, tęskniąc za ojczyzną, teraz wracają z radością do Świątyni.

Boża radość jest czymś innym niż dobre samopoczucie, dobry humor i brak problemów. Jest to dar, dzięki któremu ludzie mają siłę stawić czoła trudnościom, ponieważ widzą z bliska konkretne znaki dobroci i wierności Boga. Radości takiej doświadczali Izraelici powracający z wygnania, chociaż pola uprawne leżały odłogiem, miasta były zrujnowane, a ukochana Świątynia zburzona. Radość w Panu dawała im siłę, by wzmocnić osłabłe ręce, zakasać rękawy i przystąpić do odbudowy dziedzictwa Pańskiego, nie tylko w znaczeniu materialnym, ale przede wszystkim poprzez wierność Przymierzu (por. Ne 8,10.12.17).

Izajaszowe proroctwo nie wyczerpuje się jednak wraz z powrotem z niewoli babilońskiej, ale wypełnia się dopiero w Jezusie, którego Jan rozpoznał nad brzegiem Jordanu jako Tego, który miał wprowadzić swój lud do nowej Ziemi Obiecanej ‑ królestwa Bożego. W spotkaniu z boskim Zbawicielem „niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają a ubogim głosi się Ewangelię” (Mt 11,2-11). To Jezus przynosi wyzwolenie z niewoli grzechu i udziela Ducha Świętego, dzięki któremu dusza człowieka staje się na nowo rajskim ogrodem, gdzie Bóg przebywa z rozkoszą (por. J 7,37-39; 14,23). To Jezus jest dawcą radości i sam tańczy z radości w Duchu Świętym („agalliáō” – Łk 10,21), gdy widzi, jak ludzie prości i biedni przyjmują objawienie Ojca w Synu.

Jan, prorok naszego adwentu, zaprasza nas, byśmy razem z nim wyszli na spotkanie Mesjasza-Oblubieńca, zadziwili się tym, jak bardzo przekracza On nasze wyobrażenia i oczekiwania (por. Mt 11,3), i zaznali najwyższej radości, gdy usłyszymy Jego głos i odczujemy Jego miłość (por. J 3,29). Jemu możemy oddać wszystko to, co w nas obumarłe, złamane i przepełnione smutkiem, i przyjąć od Niego głębokie uzdrowienie.

ks.Józef Maciąg

Źródło: „Niedziela Lubelska”